fbpx

Kolejna deregulacja Orange do poprawki?

PRZECZYTAJ:

Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej opublikował projekt poszerzonej deregulacji Orange na dawnych rynkach BSA i LLU. Opierając się na modelu sprzed kilku lat, chce wyłączyć spod regulacji niektóre obszary, na których Orange ma mniej niż 40 proc. udziałów w rynku. Choć pozornie takie rozwiązanie wydaje się rozsądne – musi jednak upaść.

Teoria postępowań regulacyjnych jest zapewne jedną z najbardziej skomplikowanych dziedzin, którymi zajmuje się współczesna administracja. Wymaga pogodzenia sprzecznych często celów, oparcia się na niedoskonałych danych czy prognozach rozwoju, według zmiennych trendów. Są jednak pewne zasady, które należy uznać za fundament. Zalicza się do tego przede wszystkim przebieg postępowania regulacyjnego.

1. Najpierw UKE winien sprawdzić, co będzie regulował (tzw. rynek produktowy, tu: FTTH oraz pętlę miedzianą).

2. Potem, na jakim obszarze (tzw. rynek geograficzny, tu wg UKE – obszar Polski, z wyłączeniem niektórych gmin; drugi rynek, to właśnie wyłączone gminy).

3. Wreszcie regulator powinien ustalić, czy na tak określonym rynku występuje podmiot dominujący.

4. W końcu powinien zaprojektować środki zaradcze, właściwe dla stwierdzonych problemów.

Rozwiązanie przyjęte przez Prezesa UKE, niestety, skraca tę procedurę, skutkując nieszczęśliwym w skutkach błędem logicznym. Prezes UKE już na drugim etapie postępowania, jako jedno z kryteriów oceny stosuje pozycję dominującą Orange Polska (czyli do wyłączonych gmin zalicza tylko te, w których Orange nie ma 40 proc. udziałów).

Skutek jest łatwy do przewidzenia: a na trzecim etapie pozycja znacząca Orange nie może zostać ustalona, z powodu przyjętej zasady podziału obszarów regulowanych. Do grona wyłączonych gmin wybrano tylko takie rynki, na których Orange pozycji znaczącej nie ma. Jeżeli na żadnym z nich nie ma znaczącej pozycji, to i na wszystkich mieć nie może.

Oczywiście, powyższy komentarz jest pewnym uproszczeniem. UKE stosuje jednocześnie inne kryteria wyłączania gmin spod regulacji: wysoka liczba konkurentów czy penetracja sieciami. Oznacza to, że na obszarach podlegających regulacji mogą znaleźć się takie tereny, na których Orange będzie miał udział mniejszy niż 40 proc. Nigdy jednak odwrotnie. Owo błędne rozwiązanie rodzi tymczasem konkretne problemy, które są doskonale widoczne w treści projektowanej decyzji.

Aby wykazać racjonalność dokonanego podziału geograficznego, UKE zmuszony jest bowiem bronić teorii, że Orange nie odczuwa „znaczących korzyści skali prowadzonej działalności” czy szerszego zakresu swojej oferty w miastach, takich jak Warszawa czy Wrocław. Trudno w to uwierzyć.

Powyższe kryteria nie są nowością. Zostały już zastosowane podczas wcześniejszej próby deregulacji Orange w 2014 r. Komisja Europejska zwracała wtedy uwagę na konieczność ich szerszego zbadania. Niestety, jako kraj nie zrobiliśmy tego.

Skorzystajmy więc z okazji, że postanowienie deregulujące Orange zostało niedawno uchylone. Przywróćmy do naszych regulacji porządek. Orange nie potrzebuje pozaustawowych wakacji regulacyjnych. Zwróćmy należną mu pozycję monopolisty krajowego i zróżnicujmy geograficznie stosowane wobec niego środki, jak nakazuje teoria. Nie ponawiajmy starych błędów. Już teraz mamy dość problemów proceduralnych, związanych z nieprecyzyjnymi przepisami Prawa telekomunikacyjnego.

autorzy: Jakub Woźny – radca prawny, wspólnik Kancelarii Prawnej Media,  Mateusz Wojciechowski – radca prawny, współpracownik Kancelarii Prawnej Media.